Zapraszam na jednego do Małej Ziemiańskiej

      Zanurzam się w ten kurz przeszłości za sprawą Z. Uniłowskiego. Przy okazji tego  odkurzania zostałam w tym wspólnym pokoju razem z pięciorgiem lokatorów (w tym jeden prątkujący), głównie literatów z artystowskimi nadziejami i chorych na „przedwczesny uwiąd”, by pooddychać dawnym, choć przecież nie tak odległym klimatem przedwojennej Polski. To świat podwórek oddzielonych od ulicy żelaznymi bramami, na których wrzało dziś nam nieznane życie. Na podwórzu kupowało się, prało, załatwiało sprawy, przekazywało porady, np. „na suchoty najlepszy psi szmalec. To te pęknięte płuco zarośnie tłuszczem.” Przy bramach stały kobiety z koszami sprzedające ciasta, owoce, warzywa, chusteczki do nosa, obok Żyd sprzedający grzebienie po 5 groszy, cukiernik sprzedający 4 cukierki za 10 groszy. Utarg wynosił najwyżej złotówkę, ale za to można było kupić chleb, do chleba już brakło, przy czym – dla porównania – dobry obiad w Ziemiańskiej kosztował pięć złotych.

        Odgłosy tamtego świata też jakby inne: uderzenia podków  końskich o bruk, pohukiwania stróżów, trąbki taksówek, dzwony, wrzask targujących i kupujących, szwargot, granie na harmoszce, kłótnie, bójki, wyzwiska (szlajo, flądro, małpo, gudłaju). Zapachy niezbyt przyjemne: w nozdrza walił smród papierosów, odór alko i nieświeży zapach ciał i odzieży. Stara matka musiała  dorosłemu synowi przypominać: „Dwa tygodnie kulasów nie myłeś (…) Skarpetki się przez to niszczą.” Jedna miska i wiadro z zimną wodą sprawy nie ułatwiały.  Czasem trzeba było wziąć tego pogrzebacza i ubić spacerującego karalucha. „Wszyscy klepiemy biedę w większym lub mniejszym stopniu, a jednocześnie sprawiamy wrażenie kapitalistów” – zauważa narrator powieści pt. „Wspólny pokój”.  A te ichnie przekręty też miały lżejszy kaliber: jeden zapomniał zapłacić za kawę, inny zaś pożyczył  od kogoś gramofon, by sprzedać go, bo pić się chciało lub nieźle suszyło, to wieczne pożyczanie na wieczne nieoddanie i pytanie do każdego napotkanego: „Czy nie masz wolnej złotówki ?” No, cóż, skoro do żadnej pracy się nie nadajesz, pozostaje ci pisanie… Ale za to grosza też nie było… „Co komu przyjdzie z tych bazgrot, szkoda tylko papieru.”

        Cieniutkie paletka na grzbiecie, frustracje, pustka, jałowizna  wypychały także następców Skamandra do Małej Ziemiańskiej, przy Mazowieckiej 12, kultowej m i e j s c ó w c e wielkiej piątki: J.Tuwima (H. Ordonówna śpiewała jego wiersz „Miłość ci wszystko wybaczy”), J. Iwaszkiewicza, A.Słonimskiego, K. Wierzyńskiego i J. Lechonia. Tu przy słynnym stoliku na półpięterku siedział ów PARNAS przyciągający znamienitych, m.in. B. Wieniawę – Długoszewskiego  („Dzwoniąc szablą od progu idzie piękny Bolek. / Ulubieniec Cezara i bożyszcze kobiet.”), Fiszera („Właściwie kobiety dzielą się na dwie kategorie: damy i nie damy.”). Bywał tu Dymsza, Żeromski, Bodo, Gombrowicz, Gałczyński, T. Boy – Żeleński… Zamawiano ulubioną kawę po warszawsku i tego nieśmiertelnego śledzia. To tu żartowano, czytano, pisano na bibule,  dyskutowano, prawiono złośliwości. Nie na darmo Ziemiańska miała określenia: „loża szyderców”, „literacka mafia”, „dintojra literacka”.  „Żelaźni goście” przyciągali tłumy tych, którzy chcieli „zbić bólu wrzask”, pooddychać „szatami dostojeństwa”. Tu nad głowami unosiły się tony fantazji i sina bladość oparów alko i dymu. K. I. Gałczyński w wierszu „Śmierć poety” uwiecznił ten czas:

https://www.youtube.com/watch?v=LJ56_QW3IAI

„Zna go dobrze Warszawa:

Pożyczał – nie oddawał,

nasienie drańskie;

a „poetyczne dale”

to były te skandale

w Małej Ziemiańskiej.”

          Tu kręcili się również agenci.  Można było posiedzieć za Norwida, kiedy recytowało się jego utwory. Od razu zjawiał się tajniak. Tłumaczono, że to wiersz Norwida. Tajniak na to: – Proszę o adres tego Norwida – Nie żyje. – My to sprawdzimy, czy nie żyje. Zatrzymany do wyjaśnienia sprawy.

          Nie wiem też,  jak ówcześni znosili wieczne cierpienie na kacenjamer po mieszaniu trunków, skoro jedynym lekarstwem na kaca właściwie była ta woda z kranu i sodówka.

„- Widzę… widzę armię olbrzymią. Najpierw jedzie butelka szampańskiego… potem adiutanci… sześć butelek Martela… potem czwórkami jarzębiak…wiśniówka… starka… i inne gatunkowe… Potem przerwa i znowuż… czysta… spirytus… winka różne.”

         Jeśli obecnie czegoś brakuje, to z pewnością tych kawiarń artystycznych, anegdot związanych z życiem świata literackiego, ducha poetyckiego, genialnych ludzi, których życie już było samym poematem. Cóż, inna dziś  cyganeria oraz elyta:  zwykła, korporacyjna, senatowa, skandalowa oraz sejmowa. Przytoczmy tu słowa gospodyni wspólnego domu: „Nic, tylko mietłom…”

74 uwagi do wpisu “Zapraszam na jednego do Małej Ziemiańskiej

    1. Nie ma na mapie dzisiejszej Warszawy miejsca, w którym Franz Fiszer grał w kości z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim – o duszę poety. Jak widzisz, pomroczność dalej trwa. Pozdrawiam.

      Polubienie

  1. Autorka wpisu ma tytuł by marzyć o salonach, o różnych Małych Ziemiańskich. Stosowny zasób wiedzy, inteligencja, odwaga, otwartość itp. to walory by bywać na salonach. Wielu by znalazł do towarzystwa tu na blogu. By zaistnieć, piszę się za umiarkowanego sponsora, nigdy za tajniaka. Ot taki przynieś, podaj, postaw, przy tym pilny obserwator. Ale tu jest małe niebezpieczeństwo, oby nie nagrywali, bo znowu byłaby afera. No i gdy pożyczą by oddawali. Przyznaję, tamte czasy były ciekawe. Dzisiejsze czasy naszych literatów, innych zwyczaje nie są mi znane. Co polecam? Oczywiście czystą, spirytus i dobry … bimber. Powodzenia, pozdrawiam. 🙂

    Polubienie

    1. W „Małej Ziemiańskiej” ruch był taki, że podobno niektórzy biesiadnicy nie zauważyli, iż Kazimierz Wierzyński zniknął na kilka miesięcy. „Nie było cię? A gdzie byłeś?” A on zwyczajnie wyjechał do pracy.
      Czystą mówisz? Z tego co wiem najwięcej szło absyntu.

      „Absynt jest zazwyczaj zielony (naturalnie lub z powodu dodanego barwnika), a także ze względu na jego właściwości psychoaktywne (związane z zawartym w nim tujonem), nazywany jest potocznie Zieloną Wróżką (fr. Fée Verte, ang. Green Fairy). Z powodu wysokiej zawartości alkoholu i znacznego stężenia olejków eterycznych powstało wiele sposobów spożywania tego trunku. Pijący absynt dodają trzy do pięciu części lodowatej wody do jednej części alkoholu, co powoduje jego mętnienie.” Swego czasu mówiono, że bardzo szkodliwy, ostatnie badania dowodzą, że nie bardziej niż inne alkohole.
      Serdecznie pozdrawiam.

      Polubienie

      1. Czyżby kiedyś Zielona Wróżka była jak dziś w dyskotekach różne środki kształtujące zachowanie i samopoczucie jej uczestników? Jako środek wzmacniający, lekko odurzający? „Zmiękczała” ona psychikę człowieka, „otwierała” go na to co z zewnątrz? Czy tak wtedy było, tego nie wiem, ale widać już wtedy mieli swoje sposoby, swoje „dopalacze”. O mocniejsze środki nie zapytam, z szacunku do wielu szlachetnych literatów. Pozdrawiam. 🙂

        Polubienie

      2. Absynt produkowany na bazie bylicy piołunu najpierw armii francuskiej jako środek przeciwgorączkowy. Nadużywany, miał złą sławę.
        Picie absyntu to cały rytuał:

        Polubienie

      3. Oj Ultro, mobilizujesz mnie, prowokujesz, ale to dobrze. Obejrzałem ten filmik, zachodu tyle. Dalej nie sięgam, teraz to już bez znaczenia, niech młodzi i zdrowi próbują. Poszedłem dalej, do korzeni, od razu odnalazłem coś takiego- https://youtu.be/N6lSVAexn6Q – po tym bardziej niby mi zaświtało, jednocześnie zagmatwało. W podanej w klipie oryginalnej nazwie bylicy piołunu mamy kobietę, gorycz, czyli ciekawe zestawienie, a ponoć wszystkie kobiety są słodkie. Jeśli dodamy przykładowo do wina to mogę wszystko widzieć w kolorze blue. Wystarczy, proszę oszczędź, gdy zajdzie potrzeba wracam do czystej. Oczywiście pięknie dziękuję, ambicjonalnie i z ciekawości poświęciłem temu chwilę czasu. Warto było. Pozdrawiam. 🙂

        Polubienie

      4. ~Dreptak Zenon

        Oczywiście ta miła vlogerka jest niezwykle sympatyczna, ale wyłowienie informacji z jej wypowiedzi bywa nieco utrudnione. 😀 😀 😀
        Informacja absolutnie najistotniejsza dla potencjalnych konsumentów absyntu – to jest alkohol klasyfikowany jako LIKIER!!!! On jest słodki z powodu zawartości ziół takich jak anyż i koper włoski, a także lukrecja! Gorycz z piołunu (bądź bylicy pontyjskiej) nie przechodzi do absyntu, bo w procesie destylacji jest to niemożliwe. Natomiast przechodza wszelkie związki aromatyczne. Nutka goryczy pochodzi z procesu barwienia, ale nie jest to gorycz, a jedynie nutka!!!! Można nawet i tego uniknąć, nie dodając bylicy do barwienia, a jedynie sam hyzop i melissę, ale wtedy otrzymamy napój dość mdły w smaku.
        Co do tych właściwości „dopalaczowych” to można je miedzy bajki włożyć, wcześniej powali na glebę alkohol niż tujon z absyntu. 🙂

        Polubienie

      5. Wieści o halucynogennych właściwościach absyntu przywędrowały z Afryki. Francuscy żołnierze stosowali go przeciw malarii jako środek przeciwgorączkowy. A w takim upale nadużywane powszechnie lekarstwo musiało solidnie przewracać i poniewierać, o podwójnym widzeniu przez grzeczność nie wspomnę.

        Polubienie

      6. ~Dreptak Zenon

        Jeżeli chodzi o czystą wódkę, to jeżeli jest dobra, a takie lubię, pijam w temperaturze pokojowej, bez popijania czymkolwiek. Bo dobre wódki mają smak! 🙂

        Polubienie

      7. Ale z zakąszaniem, czy bez? Podobno najlepszy śledzik do czystej.
        Kiedyś chciałam kupić śledzie, a pani (znajoma) do mnie: kto kupuje w taki upał ryby i śledzie, chce się pani zatruć. Tym sposobem nie kupiłam i czysta stoi jak stała.

        Polubienie

      8. ~Dreptak Zenon

        Śledzik tylko od Opolskiego! 😀 😀 😀
        Wódeczka zaostrza apetyt, to jak nie jeść? Z drugiej strony po to się pije żeby apetyt tez zaostrzyć! 🙂

        Polubienie

      9. Pewien ichtiolog starał się wykazać ignorancję Fiszera, więc zapytał go, czy ten wie, do jakiej rodziny należą śledzie. Fiszer bez zająknięcia wypalił: „Wiem, a jakże: śledzie należą do rodziny zakąsek”.
        Dziękuję za miłą kapelę, a przy okazji pomyślałam, że wspólne biesiadowanie, rozmowy i bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem były jednak ciekawsze.

        Polubienie

    1. W kawiarni tworzyły się też stoliki polityczne. Przy jednym z nich siedział młody literat Stefan Kisielewski, który kłócił się o kwestie równouprawnienia kobiet z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim. Takie były spory w owe lata.
      Serdecznie pozdrawiam.

      Polubienie

  2. ~Lena Blackrose

    Aż by się chciało poczuć tamten klimat, pełne podwórka ludzi, którzy ze sobą rozmawiali a nie się unikali, uliczni sprzedawcy…. Mimo problemów jakoś chyba weselej było. ,,Nic tylko, mietłom…” – genialne. Pozdrawiam serdecznie. 😉

    Polubienie

  3. ~Dreptak Zenon

    Za sprawą znajomego poety (teraz już dużo bardziej znanego niż wtedy) i „dobrze zapowiadającej się” dziennikarki (dalej się dobrze zapowiada, tylko „cóś starsza nieco”) wybuchła swego czasu afera w naszej mieścinie, bo pani dziennikarka napisała w artykule, że poeta pisze wiersze za miskę kartofli. Przypuszczalnie tak było, bo ów biedę klepał straszną, chociaż ambitny był nad miarę. Wspomniany tekst wywołał burzę wśród lokalnych elit, bo jedni twierdzili, że to niegodne poety za kartofla pisać, a drudzy, że przynajmniej to pisanie coś warte, w odróżnieniu od dziennikarki i gazety, która to wydała. Smaczku sprawie dodawał fakt, że wtajemniczeni wiedzieli, że każdy kolejny sekretarz redakcji owej gazety, o ile nie był pilnowany przez żonę rodzoną, trafiał do ambitnej dziennikarki jako szef „do zaliczenia”, przez co ta się tak „dobrze zapowiadała” dłuższy czas.
    Cóż z poetą? Pisze, trochę tłumaczy, wydają go, teatrzyk robi i mieszka na wsi.
    http://www.tekstowo.pl/piosenka,krzysztof_daukszewicz,poeta_i_pan_strauss.html

    Polubienie

    1. Przytoczę, bo pouczające: „Walc zapraszal do tańca, lecz go nikt nie uslyszał
      Poeta mówil wiersz
      Jakiś pan artystę własnoręcznie ucisza”
      Może kiedyś nastanie moda (jak na wszystko inne), że artyści będą dobrze opłacani i nie będą musieli być zależni od nikogo.

      Polubienie

    1. Gałczyński przed Ziemiańską osiemdziesiąt parę lat wcześniej kładł przed jadącą dorożką swój płaszcz, „żeby było jej wygodniej przejechać”. No cóż, każdy ma swój czerwony dywan.

      Polubienie

      1. Tak, oprócz sióstr była i I. Krzywicka, o której mówiono, że zdobyła świat „pod – Boyem”, jako że Boy ją wprowadził i adorował.

        Polubienie

  4. Bo tak dawniej bywało, że muzy biednych i nieszczęśliwych sie czepiały, a teraz elity za dobrze mają, ani biedy, ani miłości daremnej, za pieniądze wszystko kupisz…nawet artyści luksus pokochali, a zamiast mietły samobieżne odkurzacze w modzie 😉

    Polubienie

    1. Jako jedna z niewielu kobiet – I. Krzywicka – dostąpiła zaszczytu siadania przy stoliku w Ziemiańskiej. Wprowadził ją tam Boy. Lechoń bowiem uważał, że kobiety rozpraszają głębokie myśli artystów.
      I. Krzywicka pisała:
      „Co byście odpowiedzieli, gdyby was zapytano, czy chcecie wygrać los na loterii? Raz przynajmniej znaleźć się w towarzystwie tych czarujących ludzi, śmiać się z ich dowcipów (wszyscy byli urzekająco dowcipni). Towarzystwo Boya było dla mnie biletem wstępu. ”

      Polubienie

      1. To nie do końca tak, bo niewiasty inteligentne a urodziwe wstęp na „półpięterko” skamandrytów miały zawsze…:) Tyle, że nawet wielce przecie piękne żony Iwaszkiewicza, Słonimskiego, Wierzyńskiego i Tuwima nie lubiły tam bywać, bo je dysputy nudziły:) Insza, że to rzeczywiście Lechoń się szarogęsił decydując, kto ma prawo tam zasiąść i być może wytwarzał jakąś presję, przy której niewiasty źle się czuły…
        Kłaniam nisko:)

        Polubienie

      2. „Karol Albrecht miał zaproponować Lechoniowi stolik na specjalnym podwyższeniu, położony przy schodach prowadzących na pierwsze piętro, który miałby zostać zarezerwowany wyłącznie dla środowiska Skamandrytów i ich przyjaciół. Autor Karmazynowego Poematu z nieukrywaną radością przyjął tę propozycję i od tego czasu pilnie strzegł, aby nie usiadła przy nim żadna osoba niepożądana. Stolik ten szybko stał się nieoficjalną siedzibą „Cyrulika Warszawskiego”, a ściany go otaczające zostały udekorowane licznymi karykaturami autorstwa – wymienionego wyżej – Zdzisława Czermańskiego, z których najważniejszą był profil Lechonia, z podpisem stolik „Cyrulika Warszawskiego”.
        To dlatego J. Lechoń tak bronił dostępu do swego stolika.
        Zasyłam serdeczności.

        Polubienie

      1. „Mietłom zatłuc” też można jakby się ktoś uparł.
        Małgosiu, w W-wie otwarto nową kawiarnię z 35 rodzajami PŁATKÓW ŚNIADANIOWYCH głównie sprowadzanych ze Stanów i Anglii. Hipsterski klimat podkreśla nielimitowana ilość kawy za 10 zł (ale wypić trzeba w ciągu 1 godz). Pewnie taka lura jak w Ziemiańskiej, ale bywalcy jakby inni, a i atmosfera sztywniejsza, wiadomo od dawna, że płatki nie rozwiązują języka.

        Polubienie

  5. Tak było, ale się skończyło…
    Dziś celebyta to Elyta, który uświetnia, rozmawia z kim trzeba, daje się sfotografować, a nawet można zrobić sobie z nim słid focię, którą pokażą w kolorowej prasie .
    Nie wiem co lepsze.
    Wspominać warto, ale czy warto żałować minionego?

    Polubienie

    1. I tu się z Tobą zgadzam. To był świat wysokiej kultury. Dyskutowało się o każdej nowej książce, o poezji. Obecnie o skandalach, depilacji i możliwości przedłużania tego czy owego. Porównanie treści „Bluszcza”, czy „Wiadomości Literackich” ze współczesnymi czasopismami wypada na korzyść tych dawniejszych, gdzie ambitne i krytyczne artykuły dominowały. A co współczesne okładki proponują, każdy widzi. A telewizornia wtóruje, bo to badziewie podobno najlepiej się sprzedaje, choć wcale tego pewna nie jestem.

      Polubienie

  6. Kiedyś czytałam dość długi artykuł o Wiesławie Dymnym. Fantazja artystyczna, która raz przekłada się na stworzenie czegoś niezwykłego, innym razem na burdy pijackie. W dobrym wszak stylu jest dawać upust wyjącej czasem duszy. Bo inaczej we łbie się może pokręcić. Serdeczności ślę, Ultro 🙂

    Polubienie

    1. Karol Albrecht stworzył kawiarnię w 1918 r. do spółki z Janem Skępskim. Obydwaj związani byli z ówczesną bohemą artystyczną. Potrafili stworzyć taką atmosferę, że razem z cyganerią bawili się ministrowie, np. Beck. Obecnie nie bratają się z ludem, mają swoje restauracje, a i tak są nagrywani. O czym mówią, szkoda słów.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Polubienie

  7. Nie ma już takich miejsc i ludzi… czytałam sporo w swoim czasie o Wieniawie, to był gość!.
    Teraz nie jest wcale gorzej. jest kompletnie inaczej. Ciekawe, jak będa wspomnienia z naszych czasów interpretować nasi prawnukowie?

    Polubienie

  8. ~Małgośka

    Czyżby już wtedy modny był clubbing? 😀
    Obok „Małej Ziemiańskiej”równie popularna była w tym czasie na rogu Kredytowej i Jasnej „Duża Ziemiańska”i kawiarnia poetów „Pod Pikadorem”, która mieściła się przy Nowym Świecie 57.
    Na Krakowskim, w kawiarni, w zadymionej sali,
    Na estradzie niewielkiej, codziennie wieczorem
    Jacyś młodzi poeci wiersze swe czytali
    I uciszał się nagle tłum „Pod Pikadorem”,
    I szumiały muz skrzydła w małej kawiarence,
    Gdy Lechoń kartkę z wierszem w drżącej trzymał ręce.

    To Słonimski.
    A w tle przyśpiewywał gościom Chór Dana

    Polubienie

    1. „Duża” „Ziemiańska” (piszę w cudzysłowie, bo oficjalną nazwą była „Ziemiańska” – to „Mała Ziemiańska” była filią, czy też dzieckiem „dużej”) była restauracją i czymś w rodzaju klubu wieczorowego, za znakomitą kuchnią, jedyną w swoim rodzaju. „Mała Ziemiańska” choć nazywała się cukiernią, to tak naprawdę była kawiarnią w stylu wiedeńskim, które Galicja znała już dawno, a w stolicy one właśnie raczkowały, choć trzeba przyznać, że dość szybko obu pojęć używano wymiennie. Klasyczna „cukiernia” to przebogaty wybór słodyczy, ciast i tortów, do których można było dodatkowo zamówić kawę lub herbatę, a w lepszych lokalach także czekoladę. Natomiast nie podawano w nich alkoholi, ani nie prowadzono w nich kuchni serwującej jakiekolwiek gorące posiłki. To właśnie była domena kawiarń, choć z wykonaniem bywało różnie… „Mała Ziemiańska” karmić akurat za bardzo nie umiała, czego najlepszym wyznacznikiem był Fiszer, który z towarzystwem mógł tam przesiadywać i dyskutować namiętnie godzinami, ale na obiad wychodził i szedł „Pod Wróbla” , w zasadzie po sąsiedzku:)
      Kłaniam nisko:)

      Polubienie

      1. Dziękuję Szanowny Wachmistrzu za uzupełniający komentarz, który przybliża nas do rozumienia atmosfery i sposobu myślenia ludzi dwudziestolecia.
        Bohema zaczynała swój dzień od kawy. To był niemalże rytuał picia o określonej godzinie i w doborowym towarzystwie. Stoliki były zinstytucjonalizowane, czyli pisarze mieli swój sektor, dziennikarze, palestra sądownicza itp. swoje.
        Znany karykaturzysta, Jerzy Szwajcer w swoich wspomnieniach pisał, że mała czarna w „Ziemiańskiej” jest bardziej „mała” niż „czarna” (pół szklanki), więc właściciele mogli pochwalić się jedynie wyśmienitymi ciastkami, z których doskonałą renomę zdobyły pączki, ptysie i oczywiście tzw. „ziemniaki”, czyli specjalność firmy. Dbano również o marketing. I. Stachowicz, ps. Czajka wspominała o pięciozłotowych ciastkach, m.in. pączkach, w których ukrywane były monety i co jakiś czas można było trafić na tę pięciozłotówkę niczym w Totka.

        Polubienie

      2. ~Małgośka

        … a tam (Mazowiecka 14)jeżeli był przy pieniądzach (Fiszer) zamawiał pyszną kaczkę, a kiedy miał „przeciąg w kieszeni” głośno prosił o bigos lub fasolkę po bretońsku, dyskretnie i z nadzieją rozglądając się za ewentualnym sponsorem … i zwykle się taki znajdował 😉
        Ech, życie bohemy!
        Natomiast „Pod Pikadorem” wcześniej nieco …

        Polubienie

      3. Jedna z anegdot Fiszera: „I ja brałem udział w ruchu niepodległościowym, wprawdzie w sposób raczej bierny niż czynny. Zaproszony byłem do znajomych na kolację. Kiedy przyszedłem okazało się, że przed chwilą policja wszystkich gości zabrała do cyrkułu. Musiałem zjeść dwadzieścia cztery razy”

        Polubienie

      4. Pusto i przeciągi w kieszeniach cyganerii to codzienność. Bigos i fasolka były najtańsze, więc najczęściej zamawiane. Do tego wódeczka. Wracali nad ranem i jeszcze po drodze dyskutowali…Jakież było ich zdziwienie, kiedy widzieli, że nikt w oknach nie świeci, ludzie spokojnie śpią sobie, a tu na ulicy ważą się przyszłe losy kraju i świata.

        Polubienie

  9. Lena Sadowska

    Witaj, Ultro.

    Tak. Klimat takich miejsc kusił z pewnością egzotyką.
    Dziś również od czasu do czasu można łyknąć takiego powietrza w niektórych kawiarenkach, choć z pewnością to już nie to…

    Przypomniałaś mi „Mistykę finansów” J. Tuwima i resztę monologów satyrycznych z „Jarmarku Rymów” 🙂
    To wszystko miało swój smaczek, jak myślę – głównie dzięki poczuciu humoru bohaterów Twojej opowieści 🙂

    Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

    1. „Wspólny pokój” Z. Uniłowskiego to powieść z kluczem. Młody 21 letni Uniłowski sportretował w krzywym zwierciadle swoich starszych kolegów po piórze. Była obraza boska i skrzypce. Kaden – Bandrowski wstrzymał nakład. Mnie akurat spory i animozje nie interesują. Zatrzymałam się na atmosferze lat trzydziestych i urzekł mnie język narracji.
      Serdeczności zasyłam.

      Polubienie

  10. I komu to przeszkadzało? Tak na marginesie Franciszek Fiszer opowiadał kiedyś o przyjęciu, które na cześć polskich, kolaborujących elit wydał, przebywający w Warszawie, car Mikołaj II. Po trzech dniach ucztowania Fiszer wraz przedstawicielami szlachty wyszedł na chwilę na ulicę i wtedy pojawiła się kozacka konnica płazując kogo popadnie. Na pytanie któregoś ze słuchaczy, czemu miało to służyć, Fiszer odpowiedział: żeby nam się w dupach nie poprzewracało:)

    Polubienie

    1. Fiszera się zapraszało, to był zaszczyt, najczęściej do Wróbla, który słynął z prostej i dobrej kuchni. Pewnego razu Słonimski go zaprosił, a wiadomo, że dużej kasy nie posiadał. Ważący 150 kg Fiszer mógł sporo zjeść. „Po zajęciu stolika Słonimski, znając apetyt Fiszera, mówi zażenowany: „Proszę cię, wybierz coś z karty, a ja po tobie, gdyż jestem chwilowo nieusposobiony”. Tu następuje potarcie dwóch palców oznaczające brak drobnych. A na to Fiszer: „To się świetnie składa, bo i ja nie mam dziś żadnego apetytu! Tylko raczej coś dla zwyczaju…”. I zamawia pół fasoli po bretońsku i pół bigosu, dwie najtańsze potrawy w karcie, a oprócz tego daj pan sztukamięs i całą kaczkę”.

      Polubienie

    1. Chciałabym po tej Mazowieckiej pospacerować, poznać tego Franciszka Fiszera, towarzysza poetów i pisarzy, filozofa bez teki, bon vivanta i inspiratora niewiarygodnej liczby anegdot. Tu spotkać można było poetów, pisarzy, ówczesną inteligencję, ludzi światłych o szerokich horyzontach. Inna jakość rzekłabym.

      Polubienie

  11. Przeszłość, dawne czasy zawsze będą budzić wspomnienia dla jednych te lepsze, dla innych te gorsze. Czytając to co napisałaś o „Małej Ziemiańskiej” przyszła mi też na myśl krakowska Piwnica pod Baranami, którą założył Piotr Skrzynecki. Tam też niegdyś spotykała się śmietanka towarzyska, może bardziej od tej strony muzycznej, ale jednak była to Elyta.
    Czytam i słucham sobie czasem o tych dawnych artystach lub dzisiejszych celebrytach i widzę, że alkohol lał się strumieniami już od dawien dawna, hulanki i swawole towarzyszyły podczas spotkań. Trochę mi to przypomina dzisiejsze czasy, kto ma pieniądze ten rządzi, ten się bawi, kto nie ma ten biedę klepie w domowych pieleszach, zabiegany, zakręcony, by zdobyć tą złotówkę, czy dwie i mieć na chleb.

    Uściski serdeczne zasyłam 🙂

    Polubienie

    1. Przeszłość też miała swoje życie i swoje zabawy.
      Nad grobem poety przemawia Kaden-Bandrowski. Swoje wystąpienie zakończył słowami: „Bądź zdrów, kolego!”. Na to Fiszer miał zawołać: „He, he, he, w tych katakumbach na pewno się przeziębi!”

      Polubienie

    1. Bywalec Ziemiańskiej F. Fiszer Fiszer, siedząc na przedstawieniu „Wesela”, półgłosem (a półgłos Fiszera to było jak współczesne solidne nagłośnienie) komentował, co widzi. Na uwagę jednego z widzów, że nie można przez to słuchać tekstu ze sceny, odparł: „Tego się nie słucha, to się zna”.
      Zasyłam serdeczności.

      Polubienie

  12. Tak sugestywny obraz utkałaś ze słów, że zanurzyłam się na chwilę w tamtych latach przedwojennej Warszawy. Z zadumy obudził mnie dzwonek smartfona… zniknęła dawna Warszawa, Mała Ziemiańska, Boy, Tuwim, Słonimski… I Nie ma kawiarni artystycznych, cyganerii… i poezji skrytej wśród zwykłych słów.

    Polubienie

  13. Franc Fiszer został zaproszony na koncert do rodziny Glassów. Oto wspomnienia:
    „Przymknąłem powieki, żeby się rozkoszować muzyką. Przepadam za tą balladą . W pewnej chwili słyszę, że Kisielewski chrapie. ‚Co za nietakt! – pomyślałem. – Warto by go z lekka trącić’. Wtem rozlega się głuchy huk. To Kisielewski spadł z pufa. ‚Skandal’ – myślę z niesmakiem i nie otwieram oczu, bo wstyd mi za Kisielewskiego. Prawda, że obiad był esencjonalny. […] Żeby jednak aż usnąć! A w dodatku, żeby się jeszcze zwalić na dywan podczas gry pani domu, to już rzeczywiście kompletny brak wychowania! Otwieram nieznacznie oczy. Z ulgą widzę, że Kisielewski siedzi na pufie i nawet się do mnie uśmiecha. Wszyscy się do mnie uśmiechają. Więc i ja się do wszystkich uśmiecham.”
    Wtedy dopiero zauważył, że puf stoi obok, on sam leży na podłodze, z głową na poduszce usłużnie podsuniętej przez pana domu. Pani Glassowa taktownie nie przerwała koncertu.

    Polubienie

  14. A wiesz, że coś jest urokliwego w tamtych klimatach, bo to i restauracje, kawiarnie i kafejki; także pisma literackie przeciwko siebie zwrócone, grupy literackie i artystyczne… w jakimś okrojonym kształcie pozostało to w okresie powojennym, ciężkim i sfatygowanym, ale jednak. W ostatnim czasie ta sceneria jakby doszczędnie podupadła, każdy jakby swoją skrobał rzepkę, a cyganeria popadła w zapomnienie i jeszcze w książkach, w filmach mozna się jeszcze czego dowiedzieć o minionych bezpowrotnie czasach… pozdrawiam

    Polubienie

    1. Weźmy takiego Franca Fiszera, nie był poetą, nie posiadał domu, majątku, nigdzie nie był zameldowany, nie pracował, dziś uznany byłby za bezdomnego żula, a tymczasem jego osoba była ozdobą bali, rautów, spotkań. Wielkim zaszczytem było przejść się obok niego, czy usiąść przy kawiarnianym stoliku. Był przyjacielem Leśmiana, Żeromskiego, Reymonta, Skamandrytów, a pochowany został na Cm. Wojskowym na Powązkach.

      Polubienie

      1. ~Małgośka

        To musiała być niezwykle malownicza grupa; dziś pewnie określana by była mianem „kulturalne rozrabiaki”, choć artystom i wtedy , i dziś wiele uchodziło i uchodzi (współcześnie raczej bez przydawki).
        Szczególnie dobrze musieli się prezentować dwaj przyjaciele: wielki i zwalisty Fiszer z mikrusem Leśmianem ( chudzina, zaledwie 1.55 wzrostu). 😀

        Polubienie

      2. Anegdotka : Jedzie pusta dorożka. Staje, a z niej wyskakuje Leśmian. Fiszer to 150 kg żywej wagi.
        Małgosiu, za eliminację przydawki masz moje pięć.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s